Początki telewizji

ITpedia

Na początku była więc... telewizja. W tym czasie przed telewizorami mogli zasiadać jedynie mieszkańcy Warszawy i Śląska, nieliczni wrocławianie co najwyżej eksperymentowali z odbiorem telewizji czeskiej. Inicjatywa pp.Dzieduszyckiego i Rylskiego polegała na podjęciu próby znacznego wyprzedzenia ogólnokrajowych planów rozwoju telewizji poprzez zbudowanie na Dolnym Śląsku regionalnej stacji przekaźnikowej. Był to więc program, jak byśmy mogli powiedzieć, czysto konsumcyjny, może z pewnym dodatkiem wartości edukacyjnych czy kulturalnych. Jak doszło do rozwinięcia go w program o charakterze produkcyjnym, gospodarczym i społecznym, o tym za chwilę.

Najpierw jednak warto przyjrzeć się chronologii zdarzeń. „Pierwsze boje o wrocławski ośrodek telewizyjny rozpoczęto przed rokiem. Po pierwszych pełnych entuzjazmu slowach i czynach (bo były i czyny: badanie warunków odbioru i próby retransmisji programu czechosłowackiego) rozegrał się dramat. Dramat lojalności. Oto delegacja wrocławska prowadząca pertraktacje z Biurem Rozbudowy Telewizji w Warszawie otrzymała autorytatywne i wyczerpujące wyjaśnienie, że państwowe środki inwestycyjne wystarczą zaledwie na sfinansowanie wyposażenia technicznego ośrodków Warszawie, Łodzi i Katowicach i chociaż wiele jest miast ubiegających się o utworzenie ośrodków telewizyjnych poza planem państwowym, to nic z tego nie będzie, bo z próżnego i Salomon nie naleje. Nie ma dewiz, pieniędzy, urządzeń technicznych. Punkt. Kropka!” - relacjonowali we wspomnianym artykule Dzieduszycki z Rylskim.

A dalej pisali: „I siedzielibyśmy grzecznie i cicho przed nieczynnymi telewizorami, gdyby nie wstrząsające wiadomości prasowe: Szczecin będzie miał telewizję (20.XII.56), Gdańsk o-trzymał nadajnik telewizyjny (15.II.57), Drugi - po łódzkim - nowy ośrodek telewizyjny w Poznaniu budowany jest obecnie w dużej mierze dzięki środkom społecznym (20.II.57) (...) a oliwy do ognia dolał wreszcie uroczy artykulik w tygodniku „Radio i Świat” z 17.II.57 pod protekcjonalnym tytułem Wrocław zachorował na... telewizję(...)

Oooo! Jeśli tak, to „kupą, Mości Panowie” - jak mawiał stary Zagłoba! To, co się nie udało delegacji, musi się udać całemu społeczeństwu! A więc Panowie Posłowie Ziemi Dolnośląskiej, Włodarze i Ojcowie Województwa i Miasta, Pionierzy dolnośląskiej telewizji i Inicjatorzy kampanii telewizyjnej, Społecznicy. Członkowie Towarzystwa Miłośników Wrocławia, posiadacze odbiorników telewizyjnych, a przede wszystkim tysiące przyszłych telewidzów - bijmy się o Wrocławski Ośrodek Telewizyjny!

A więc domagajmy się:

  • doprowadzenia polskiego programu telewizyjnego z Katowic do Wrocławia,
  • ustawienia we Wrocławiu telewizyjnej stacji nadawczej,
  • zainstalowania niezbędnego wyposażenia studia, a przede wszystkim telekina”.

Równo miesiąc później zawiązał się Społeczny Komitet Budowy Wrocławskiego Ośrodka Telewizyjnego, do którego zgłosili akces przedstawiciele kilkudziesięciu instytucji i przedsiębiorstw z całego Dolnego Śląska, deklarując jednocześnie pomoc organizacyjną i materialną, na ówczesne warunki wcale niemałą, bo wynoszącą kilkanaście milionów złotych i sto kilkanaście tysięcy dolarów. Komitetowi prezydował Bronisław Ostapczuk, poseł na Sejm i przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej, czyli odpowiednik dzisiejszego wojewody, i jego to kontakty i wpływy, torowały drogę rozmaitym niekonwencjonalnym działaniom. Prawdziwym spiritus movens Komitetu Telewizyjnego stał się inż.Stefan Rylski.

Jego energii i pomysłowości zawdzięczać należy takie pokierowanie przedsięwzięciem, że w ciągu zaledwie 8 miesięcy, zaczynając od zera, postawiono na szczycie Ślęży, kilkusetmetrowego wzniesienia wyrastającego z Niziny Śląskiej w odległości paru dziesiątków kilometrów od Wrocławia, telestację obejmującą swoim zasięgiem kilka milionów mieszkańców Dolnego Śląska oraz sąsiadujących terenów Ziemi Lubuskiej, Opolszczyzny i Wielkopolski. A w tym czasie trzeba było, bagatela, dokonać wyboru miejsce i sprawdzić je pod względem radiotechnicznym, uzyskać zgodę władz leśnictwa oraz kierownictwa prowadzonych tu wykopalisk archeologicznych, zamówić i sprowadzić z zagranicy aparaturę, nie mówiąc już o robotach budowlano-montażowych na wysokości 718 metrów npm. I to wszystko - poza planem!

Tekst memoriału wyszedł spod ręki inż.Rylskiego, a podpisał go i wziął zań odpowiedzialność pos.Ostapczuk, przewodniczący Społecznego Komitetu Telewizyjnego i zarazem szef wojewódzkiej administracji. A już w kilka tygodni później, 24 kwietnia, projekt został zatwierdzony. Zauważmy raz jeszcze: nie mieszczący się w żadnych dotychczasowych ustaleniach obowiązującego planu 5-letniego. Być może, na taką decyzję wpłynęła okoliczność, że w tych latach władze centralne podjęły program tzw.aktywizacji Ziem Odzyskanych, w poprzednim okresie dość gruntownie zaniedbanych. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że inicjatywa wyszła z Wrocławia i że miała ona charakter nie doraźnie polityczny, lecz ekonomiczny i społeczny, a zarazem wręcz cywilizacyjny.

I była to propozycja niemal nie do odrzucenia. Dość przyjrzeć się głównym argumentom wrocławian. „#lokalizacja: istnieje możliwość wykorzystania nieczynnego obiektu przemysłowego, położonego na terenie miasta Wrocławia, na terenie uzbrojonym, otoczonym osiedlami mieszkaniowymi, z możliwościami dalszej rozbudowy, wymagającego jedynie niewielkich nakładów inwestycyjnych;

  1. kadra techniczna: silne środowisko techniczne zgrupowane przy Wydziale Łączności Politechniki Wrocławskiej oraz przy kilku instytutach naukowo-badawczych, których działalność ulega obecnie ograniczeniu, pozwala na przeniesienie do produkcji około 50 inżynierów radiotechników związanych warunkami mieszkaniowymi z Wrocławiem;
  2. zaplecze przemysłowe: istniejące na Dolnym Śląsku zakłady radiowe „Diora”, uruchamiana produkcja lamp kineskopowych w Jeleniej Górze oraz istnienie szeregu innych zakładów przemysłowych zdolnych do podjęcia kooperacji stwarzają dogodne warunki dla powstania produkcji odbiorników telewizyjnych we Wrocławiu;
  3. wyposażenie techniczne: owocna inicjatywa społeczna, która doprowadziła do budowy i wyposażenia telestacji na Ślęży, oraz ogromne zainteresowanie społeczeństwa dolnośląskiego sprawą produkcji odbiorników telewizyjnych na pokrycie zapotrzebowania Dolnego Śląska doprowadziły do zawiązania się akcji społecznej pomocy ze strony załóg dolnośląskich zakładów przemysłowych w zakresie mobilizacji środków finansowania na cele wyposażenia technicznego wrocławskiej fabryki telewizorów;
  4. perspektywy rozwojowe: uruchomienie fabryki odbiorników telewizyjnych stanie się zalążkiem rozwoju nowoczesnego przemysłu radiotechnicznego we Wrocławiu, do czego sprzyjające warunki stwarza proponowana lokalizacja; przemysł radiotechniczny jest czynnikiem modernizacji pozostałych gałęzi przemysłu przez umożliwienie automatyzacji procesów produkcyjnych;
  5. znaczenie polityczne: rozszerzenie produkcji, uruchamianie nieczynnych obiektów przemysłowych, a nade wszystkio owocna inicjatywa społeczna stanowią najbardziej konkretne dowody aktywizacji gospodarczej i stabilizacji stosunków społecznych na ziemiach zachodnich”.

W gruncie rzeczy krył się w tym pomyśle pewien szlachetny podstęp. Projektując ów memoriał, inż.Rylski myślał nie tyle o jednej fabryce, co o stworzeniu całego kombinatu elektronicznego. Obejmowałby on na początek montownię telewizorów, ale właściwym celem byłoby zbudowanie fabryki „elektronowych maszyn do liczenia”, jak wówczas nazywano komputery, wraz z niezbędnym zapleczem produkcji podzespołów. Na ten temat toczyły się rozmowy między Wrocławiem i Warszawą już latem 1958 roku, a a w pół roku później, 6 lutego następnego roku, minister przemysłu ciężkiego podpisał akt powołujący Wrocławskie Zakłady Elektroniczne T-21, które wkrótce przyjęły nazwę zgrabniejszą, wziętą ze skrótu telegraficznego - „Elwro”.

„Opracowując koncepcję uruchomienia pierwszej na Dolnym Śląsku fabryki przemysłu elektronicznego, myślałem o stworzeniu we Wrocławiu ośrodka elektroniki. Po prostu: drugiego po Warszawie zgrupowania fabryk tej gałęzi przemysłu. Moi przyjaciele podzielili mój punkt widzenia, przedstawiciele władz wojewódzkich złożyli podpisy pod memoriałem, wzięli zań odpowiedzialność” - komentował w wywiadzie dla miesięcznika "Więź" inż. Rylski, dyrektor naczelny Elwro w latach 1963-1968. -„Nasza inicjatywa zmierzała do wzięcia w żagle wiatru, który na widnokręgu już się zrywał, choć niewielu chciało to wtedy dostrzegać.

A mielismy we Wrcławiu już wówczas zespół obiektywnych warunków przesądzających o jej realności: silne środowisko naukowe w dziedzinie elektroniki i matematyki, rezerwy rąk do pracy - rąk kobiecych, bowiem elektronika to przemysł nadający się do zatrudnienia właśnie kobiet, następnie wytworzone w miejscowym przemyśle tradycje zbliżonych gałęzi, jak elektrotechnika i przemysł maszynowy, wreszcie - klimat społeczny sprzyjający inicjatywom, rosnące ambicje środowiska. Wyobrażalismy sobie, że przy odpowiednim określeniu charakteru zadań zakładu-macierzy uda się doprowadzić do tego, że w ślad za nim powstawać będą jego filie, stopniowo usamodzielniane, bądź też będzie on wchłaniał mniejsze fabryczki, modernizujące swój profil produkcji. Punktem wyjścia miała być produkcja telewizorów, ale już wtedy uważaliśmy ją za haczyk, rzeczywistym celenm była automatyka przemysłowa, elektroniczne maszyny cyfrowe”.

Jednakże przestrzeń „między ustami a brzegiem pucharu” często bywa niemała. Tak było i w tym przypadku. Obejmując dyrekcję Elwro, inż.Marian Tarnkowski, zresztą „importowany” z Warszawy, miał równie skrystalizowany zamiar: uruchomić we Wrocławiu produkcję maszyn cyfrowych. Musiał się jednak liczyć z realiami, więc zanim zostaną zapewnione warunki do takiej produkcji, trzeba produkować, co się da, zdobywając przy tym niezbędne doświadczenie organizacyjne i technologiczne w branży elektronicznej. Na początek uruchomiono seryjną produkcję przełączników kanałów i zespołów odchylania do odbiorników telewizyjnych oraz głowic UKF.

Nieukrywane intencje wrocławian rozmijały się jednak wyraźnie z przewidywaniami środowiska warszawskiego, od konstruktorów prototypów komputerów, poprzez ważne figury w ministerstwach i komitetach partyjnych, po kibicujących im dziennikarzy centralnych tygodników i gazet. Z warszawskiej perspektywy mianowicie rzecz wyglądała tak oto: wprawdzie we Wrocławiu powstaje fabryka komputerów, ale to jeszcze nie znaczy, że będzie produkowała urządzenia zaprojektowane we Wrocławiu. Przeciwnie, skoro w warszawskich laboratoriach skonstruowano już ileś tam prototypów, to właśnie one zostaną wdrożone do seryjnej produkcji. Niech by i we Wrocławiu.

Jednakże „całkiem niedawno kierownicy naszego przemysłu elektronicznego musieli się zgodzić, żeby inżynierowie z wrocławskiego „Elwro”, gdzie buduje się wcale udane maszyny liczące konstrukcji profesora Politechniki Warszawskiej Antoniego Kilińskiego, konstruowali również własne maszyny liczące - pisał reporter tygodnika „Świat” Wiesław Nowakowski.

- Nie chcemy być tylko „murzynami” - taki był sens tego, co mówili inżynierowie dyrektorom(...) - Gdybyśmy się na ich prace konstrukcyjne nie zgodzili, maszyna profesora Kilińskiego rodziłaby się w podwójnie wielkich bólach - mówili dyrektorzy.

I tu zrozumiałem, o co chodzi.

Jesteśmy krajem, w którym ludziom od wczesnego dzieciństwa wmawia się, że wieszczów czcić należy”.

Rzeczywistość miała już wkrótce pokazać, jak dalece przedwczesny był sarkazm warszawskiego dziennikarza. Zresztą niemal dokładnie w tym samym czasie, kiedy ukazał się ten artykuł, pomyślnie kończyły się w Centrum Obliczeniowym PAN w Warszawie próby Odry 1002, drugiego już modelu wykonanego w Elwro. Skonstruowali go młodzi wrocławianie, niektórzy nawet jeszcze bez dyplomu inżynierskiego.

Wcześniej, jesienią 1959, wyjechały z Wrocławia na staże do Warszawy dwie grupy - jedna do Zakładu Maszyn Matematycznych PAN kierowanego przez Leona Łukaszewicza, druga do Instytutu Badań Jądrowych PAN, gdzie mieli szkolić się pod kierownictwem Romualda Marczyńskiego. U starszych kolegów, mających już za sobą kilkuletnie doświadczenie w budowaniu urządzeń liczących, pobrali pierwsze praktyczne nauki w dziedzinie, która w Polsce dopiero się formowała. Oni też stali się pierwszą kadrą utworzonego w Elwro biura rozwojowego, którym kierował początkowo prof.Jerzy Bromirski, później - inż.Zbigniew Wojnarowicz. Cel został wytknięty wyraźnie: przygotowanie produkcji komputerów w skali i warunkach przemysłowych. Nie zamierzano powtarzać etapu prac eksperymentalnych, laboratoryjnych.

- Jadąc do Warszawy, nie umieliśmy niczego. Maszyny cyfrowe znaliśmy z zagranicznej literatury, z oczywistych powodów raczej przestarzałej. Komputery oglądaliśmy jedynie na obrazkach - z pełną szczerością opowiadał mi kilka lat później inż.Jan Markowski, uczestnik tamtej grupy wrocławskich stażystów i wkrótce kierownik zespołu konstrukcyjnego.

Warszawskie lekcje prędko przyniosły owoce. Ledwie minął rok, a już zademonstrowano w Elwro gotowy egzemplarz pierwszego z przyszłej serii wrocławskich komputerów - Odrę 1001. Praca nad nim dowiodła, że młody zespół potrafi.

„A więc stało się. Niespełna rok temu (...) harmonogram prac nad Odrą 1001 został podpisany i zatwierdzony. Przewidywał on przeprowadzenie prac przygotowawczych od połowy lutego 1960 r. do końca maja, następnie w ciągu trzech miesięcy miały być wykonane modele elementów podstawowych, wreszcie do połowy grudnia br. - całkowity montaż. Terminy zostały dotrzymane z punktualnością uderzającą. - to ówczesny pisany na gorąco komentarz Zachodniej Agencji Prasowej (ZAP). - Kilkunastoosobowy zespół projektantów, technologów i budowniczych Odry 1001, kierowany przez inżynierów Kunowskiego i Jana Markowskiego, to wychowankowie wrocławskich wyższych uczelni. Inżynierowie: Początek, Andrzej Zasada, Janusz Książek, Róż, matematycy: Thanasis Kamburelis i Wrona. Inżynierowie to wychowankowie Wydziału Łączności Politechniki Wrocławskiej, paru matematyków ściśle z nimi współpracujących to dyplomanci matematyki Uniwersytetu Wrocławskiego. I oczywiście istotny wkład wnieśli naukowcy - prof.Jerzy Bromirski z Politechniki i prof.Jerzy Słupecki z Uniwersytetu. Ambicja, zapał i energia tego zespołu zadecydowały, że zadanie zostało wykonane prędko, sprawnie i uwieńczone pełnym sukcesem”.

Po latach ten emocjonalny ton może wydać się przesadny i wręcz naiwny. Wtedy, z krótkiego dystansu, był czymś najzupełniej oczywistym. Okazało się, że „nie święci garnki lepią”. Ledwie wrocławianie łyknęli w warszawskich pracowniach podstaw wiedzy, jak to się robi, dopiero co nabyte umiejętności postarali się zaraz zademonstrować w postaci własnej konstrukcji. Najpierw więc była Odra 1001, w której zastosowali znacznie nowszą technikę od tej, na której były oparte pierwsze modele warszawskie, mianowicie zastąpili niektóre układy lampowe układami tranzystorowymi. Były to już nawet tranzystory i diody produkcji krajowej. Punkt wyjścia stanowiły zresztą przede wszystkim rozwiązania przywiezione z Warszawy, jak bęben pamięci wzorowany na konstrukcji doc.Romualda Marczyńskiego. Wprowadzone do niej zmiany przyniosły w efekcie zwiększenie pojemności z 512 do 2048 słów. Zbyt duża zawodność elementów wykluczała jednak podjęcie produkcji seryjnej. Taki cel przyświecał natomiast pracom nad kolejnym modelem - Odrą 1002. Jedyny egzemplarz mogą dziś oglądać zwiedzający warszawskie Muzeum Techniki, gdzie reprezentuje on ówczesny poziom techniki komputerowej i... charakterystyczne dla tamtego okresu ogromne rozmiary kilku szaf mieszczących poszczególne układy maszyny.

W kilka miesięcy, do maja 1961, opracowano założenia techniczne, oparte na znacznie wyższych parametrach eksploatacyjnych. Jednocześnie zadbano o polepszenie jakości elementów podstawowych: podjęto sztuczne starzenie tranzystorów i diod, staranną ich selekcję oraz dokładne sprawdzanie pakietów. Montaż Odry 1002 ukończono w grudniu tego roku, a w czerwcu 1962 została uruchomiona. Pracowała w sposób znacznie bardziej niezawodny niż jej poprzedniczka, co wykazał 3-miesięczny okres prób w Centrum Obliczeniowym PAN w Warszawie. Wyniki były na tyle zachęcające, że zdecydowano wystawić Odrę 1002 na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Ale decydujący głos miało Ministerstwo Przemysłu Ciężkiego, które odmówiło swojej zgody, motywując tym, że model nie jest wystarczająco sprawdzony i nie wszedł jeszcze do produkcji seryjnej. Spór trwał czas jakiś, ale ostatecznie władze resortu postawiły na swoim. Argument, że wcześniej nieraz już wystawiano na MTP prototypy, a nie tylko produkty przemysłowe, nie przekonał Warszawy. W czym zresztą, jak można przypuszczać, kryły się zgoła inne motywy, widoczna niechęć wobec rysującej się perspektywy ulokowania głównej bazy powstającego przemysłu komputerowego we Wrocławiu, a nie w stolicy.

W tej sytuacji dyrekcja Elwro posłużyła się nader zręcznym chwytem: aby wykazać zdolność zakładu do podjęcia zadań przemysłowych, sięgnęła po konstrukcję warszawską, na tyle dojrzałą, by wprowadzić ją do produkcji seryjnej. Nie ulega wątpliwości, że wrocławianie traktowali to jedynie jako etap przejściowy, po którym program produkcyjny wypełnią maszyny zaprojektowane we Wrocławiu. Wybór padł więc na model UMC 1 (uniwersalna maszyna cyfrowa), skonstruowany przez inż.Zdzisława Pawlaka w kierowanym przez prof.Antoniego Kilińskiego Zakładzie Konstrukcji Telekomunikacyjnych i Radiofonii Politechniki Warszawskiej.

Rok 1962 zamknął się zmontowaniem 4 egzemplarzy, chociaż w sprawozdaniach figurował tylko jeden - skonstruowany i w pełni uruchomiony prototyp fabryczny. Montaż i uruchamianie maszyny odbywało się już nie w laboratorium czy nawet zakładzie doświadczalnym, lecz na wydziale produkcyjnym, wyposażonym w urządzenia technologiczne do starzenia, selekcji i pomiarów elementów i podzespołów. Prace nad wprowadzeniem tego komputera do produkcji musiały bowiem odpowiadać wymogom reżimu przemysłowego. Prowadził je odrębny kilkunastoosobowy zespół konstrukcyjno-technologiczny pod kierownictwem inż.Eugeniusza Bilskiego, złożony z inżynierów z Elwro i pracowników katedry prof.Kilińskiego z Politechniki Warszawskiej. Z wrocławian znaleźli się w tym zespole m.in. Zbigniew Krukowski, Stanisław Lepetow, Andrzej Niżankowski, Bronisław Piwowar, Jerzy Pacholarz, o których będzie jeszcze dalej mowa. Na czele grupy warszawskiej stal Jerzy Połoński.

Dwa następne lata były już latami normalnej produkcji. Warto zauważyć, że seryjna produkcja maszyn cyfrowych UMC 1 w zakładach Elwro stanowiła w tym czasie jeden z pierwszych w Europie przykładów przemysłowej produkcji komputerów. W latach 1963-1964 wyprodukowano 24 egzemplarzy tego modelu plus wspomnianą wcześniej jednostkę prototypową. Pierwsza maszyna została zainstalowana w Instytucie Geodezji i Kartografii w Warszawie, gdzie jej walory eksploatacyjne były bardzo dobrze wykorzystywane, zwłaszcza dzięki współpracy z Politechniką Warszawską. Spośród łącznie wyprodukowanych 25 maszyn jedną zakupili Węgrzy.

„Ale rzecz szła nie tylko o grę wobec warszawskiej „góry”. Podjęcie przez fabrykę seryjnej produkcji maszyny cyfrowej, choćby należącej jeszcze do I generacji (układy lampowe), gdy w fabrycznym laboratorium powstawały już prototypy maszyn II generacji (układy tranzystorowe), dawało młodej i niedoświadczonej jeszcze załodze cenną szansę poznania i opanowania nowej dla niej dziedziny produkcji - pisałem w wydanej w roku 1971 książce „Elektronika nad Odrą”. - Ćwierć setki maszyn cyfrowych UMC 1 stało się więc doskonałą szkołą dla załogi Elwro, która tym właśnie sposobem zdobywała swoje ostrogi przemysłowego producenta urządzen komputerowych. Młoda kadra i nie mniej młody personel wydziału montażu wdrażały się do seryjnej produkcji maszyn dotąd przez polski przemysł nie wytwarzanych”.

Taki był debiut Elwro, czyli w istocie - pierwszy krok polskiego przemysłu komputerowego. Jakkolwiek dzisiaj może to zabrzmieć zbyt zarozumiale, na miarę tamtych lat był to krok bardzo ważny. A już na pewno w skali ówczesnego obozu wschodniego. Jak miało się niedługo okazać, doceniony także na Zachodzie.

Tymczasem jednak Elwro intensywnie przygotowywało się do produkowania maszyn cyfrowych własnej oryginalnej konstrukcji. W zakładowym biurze konstrukcyjnym powstawał trzeci z kolei model Odry - Odra 1003. Fachowcy uznali ją za konstrukcję, której parametry użytkowe i niezawodność pozwalają na wprowadzenie jej do produkcji seryjnej. Przez trzy następne lata - od roku 1963 do 1965, był to firmowy produkt wrocławskiej fabryki, pioniera zyskującej coraz więcej zwolenników komputeryzacji kraju.

-
-